Robert Kościecha

 

Nasz pierwszy bohater urodził się 22 listopada 1977 roku. Żużel miał w genach – jego ojciec, Roman, był zawodnikiem drużyny z Torunia. Choć odciągał syna od żużla, ten i tak skończył w czarnym sporcie. Swoją karierę rozpoczął w toruńskim Apatorze, z którym dwukrotnie sięgał po tytuł Drużynowego Mistrza Polski. Po rozstaniu z karierą zawodnika, trenował juniorów z Grodu Kopernika. Na torze, jak i poza nim jest bardzo otwartą osobą. Dziś cieszy się czasem spędzonym z rodziną, a także licznymi podróżami.

POCZĄTKI

MATEUSZ: Zawsze na początku pojawia się w głowie pytanie “Jak zacząć?”. Dla mnie, pierwsze pytanie musi wprowadzić i zachęcić – i rozmówcę i czytelnika i dziennikarza, by ten dialog trwał, by stopniowo się rozwijał. Zawsze uwielbiałem weekendowe duże wywiady na portalach “Wyborczej”. Ale nie te o polityce, a te o społeczeństwie. Wciągały. Zawsze chciałem rozpocząć taką rozmowę pytaniem ogólnym, które delikatnie dotyka tematu i pozwala stopniowo zagłębiać się w świat rozmówcy. Dlatego rozmowę z Robertem Kościechą zacząłem od pytania…

Jak to się zaczęło? – Odpowiedź na nie była pierwszym krokiem do poznania zawodnika, którego historia łączy wszystkie żużlowe ośrodki województwa kujawsko-pomorskiego. Ojciec Roberta Kościechy jeździł na żużlu w Toruniu, a potem w Grudziądzu. Tam przyszedł na świat i spędził pierwsze cztery lata życia nasz pierwszy bohater. Potem rodzina Roberta wróciła do Grodu Kopernika.

To nie było tak, że tata mnie pchał do jazdy na żużlu. Pierwszy raz siadłem na taki mini motocykl żużlowy, jak miałem 10 lat, gdy ojciec miał w Toruniu turniej oldbojów. Na jednym z treningów przejechałem się na miniżużlu. Spodobało mi się, ale ojciec zabronił. Przez to, że miałem kiedyś kontakt z motocyklem, bo dziadek kupił mi kiedyś motorynkę, byłem zafascynowany tym sprzętem. Na pierwszym treningu pojeździłem, ale ojciec powiedział, że to jest bardzo niebezpieczny sport i zabronił mi tego, przez co nie miałem szans. Kiedy miałem 15 lat, nie byłem prymusem w szkole, ale przez ultimatum jakie dostałem, że jak dostanę się po podstawówce do średniej szkoły albo do technikum, rodzice podpiszą mi zgodę na starty w żużlu. Zdałem do technikum i podpisali.

Dzieciństwo to nie tylko szkoła. W tamtym okresie młodzi ludzie nie marnowali godzin przed telefonem czy komputerem. Jedną z najpopularniejszych aktywności była w szczególności jazda na rowerze. Mieszkańcy “miast żużlowych” z pewnością pamiętają “zabawę w żużel”, w której motocykle zastępowały dzieciom właśnie rowery.

– I tak samo bawiłem się przed blokiem. Czasem jeszcze grało się w kapsle. W podstawówce nie mówiło się o żużlu. Każdy wiedział, że mój ojciec jeździł. Nic takiego jednak się nie działo. Chodziło się na mecze, jeździło się rozgrywki na rowerze jak na żużlu.

MATEUSZ: Flashback. W tym momencie przypomniało mi się jak to zdawałem na kartę rowerową. Wracaliśmy z tatą przez osiedle. Przed jednym z bloków stał wielki klomb, który był otoczony betonem. Mniej więcej na wysokości połowy tego klombu narysowane były linie i równiutko wydzielone cztery pola startowe – tak jak na żużlu. Tata wiedząc jak bardzo kręci mnie żużel zachęcił bym sobie wystartował i przejechał cztery kółka. Jako dziecko dość wycofane, nieśmiałe, zgodziłem się dopiero po wielu namowach. Pierwsze okrążenie było dość niepewne, czułem się skrępowany, jednak z każdym kolejnym kółkiem zyskiwałem pewność i radość z tego co robię.

EWELINA: Do tej pory takie są! Mój młodszy brat nieraz wracał z podwórka do domu z porwanymi spodniami i obdartymi kolanami, bo “się bawił w żużel”. Na rowerach, oczywiście.

W życiu bywa tak, że będąc młodym chcemy jak jak najszybciej dorosnąć. I faktycznie, z perspektywy czasu, dzieciństwo przebiega błyskawicznie. Potem zaczynają się schody. I o ile o schodach mówi każdy, o tyle żużlowcy powinni mówić o stromym podejściu Nanga Parbat. Tak żeby zachować proporcje pomiędzy trudnościami w życiu żużlowców i szarych ludzi. Ciężko w czarnym sporcie jest już na początku, czego doświadczył Robert. Mimo to chętnych nie brakowało, z czym gorzej jest dzisiaj.

– Przy naborze do szkółki za czasów ś.p. trenera Bogdana Kowalskiego było nas 40-50, po pierwsze selekcji zostawało około 30, a na tor przeszło 10. To była nagroda. Kiedyś trzeba było 30 godzin w warsztacie przepracować i dopiero potem wsiąść na motocykl. Zaczynało się od tzw. miotły i szmaty, a później był dalszy etap – jazdy. Było nas 10, a z całej selekcji żużlowej tylko ja zdałem licencję. Dziś jest tak, że praktycznie kto przyjdzie na żużel ten jeździ i dopiero po jakimś czasie część albo rezygnuje albo trener mówi, że dziękuje. Podczas naboru nieraz bywa tak, że przyjdzie 1-2 osoby.

Sto i “1-2 osoby”. Co się stało przez ostatnie 20-30 lat? Jak słusznie zauważyła Ewelina, dziś możliwości są przecież o wiele, wiele większe.

– Sport żużlowy nie jest bezpieczny i nie jest łatwy. Porównajmy z piłką nożną. Jak ktoś chce być piłkarzem to chodzi pięć razy w tygodniu na trening. Przychodzi 15 minut przed, przebiera się, ćwiczy 1,5 godziny, a potem idzie do domu kąpać się i tyle. W żużlu jest tak, że trening jest dwa razy w tygodniu, ale przy tym trzeba dużo pracy wykonać na warsztacie. Pojeździ się parę minut, a trzeba kilkanaście godzin spędzić przy sprzęcie czy torze żeby to wszystko zagrało. Młodzi ludzie są zniechęceni do tego – to niestety prawda i, co gorsza, nie dotyczy tylko i wyłącznie młodzieży. Całe społeczeństwo z roku na rok woli życie wygodniejsze, lżejsze, przyjemniejsze. Bardzo często cierpi na tym jakakolwiek aktywność fizyczna. A takiej w żużlu przecież nie brakuje. Nie mamy tu na myśli tylko akrobacji na motocyklu, bo zanim do nich mogło w ogóle dość, każdy młody adept musiał wykonywać akrobacje z miotłą w parku maszyn.

Zaczynało się od miotły. Ja zaczynałem tak jak Tomek Świątkiewicz, Jacek Krzyżaniak, Krzysztof Kuczwalski, Mirek Kowalik i cała ekipa. To nie było tak, że sobie przyszedłem jakoś później. Nawet gdy byłem w szkółce, miałem swój motocykl i musiałem go umyć. Przychodził Jacek Krzyżaniak, Mirek Kowalik czy starsi zawodnicy, rzucali sprzęt na ziemię i mówili, że mam umyć. Musiałem najpierw im pomóc. Dopiero potem miałem czas na swój motocykl. To nie było tak łatwo jak dzisiaj, że każdy ma swoich mechaników i młodych nie gna się tak jak kiedyś. Czasy się zmieniły i tak to wygląda – Jak widać Robert nie nudził się w parku maszyn. Zadań mu nie brakowało, a i nie brakowało mu energii do pracy nad swoim motocyklem. Tu też musiało być wszystko idealnie. Ojciec naszego bohatera bardzo pilnował tego, czy syn dbał o szczegóły. A z tą dbałością na początku bywało różnie.

Mój ojciec był bardzo wrażliwy na tym punkcie. Była kiedyś taka sytuacja, że na treningu nie miałem jakiś śrubek przyciętych, to przyjechał – bo na każdym treningu był – i nie wypuścił mnie na tor. Wiedziałem, że ten sprzęt jest bardzo ważny, bo to jest jedność ze mną. Chodzi o bezpieczeństwo moje i kolegów na torze – Robert wiedział, że praca to nie tylko wyjazd na tor i zjazd do parku maszyn. Wysiłek żużlowca zaczyna się o wiele wcześniej – właśnie przy sprzęcie, który trzeba przygotować idealnie. Ta dbałość o szczegóły, cierpliwość i gotowość do pracy, a następnie wytrwałość sprawiły, że przyszły zawodnik toruńskiego Apatora zdał egzamin na licencję. Tu jednak też nie brakowało przygód. Pomyślnym miejscem okazał się być Ostrów. Zanim jednak przyszedł sukces, nasz bohater zaliczył dwie nieudane próby.

Pierwszy raz w Toruniu nie zdałem. Zaliczyłem czas po czterech kółkach, ale za metą się przewróciłem. Złamałem palec. Potem, po trzecim okrążeniu pan pokazał mi szachownicę, zamknąłem gaz i nie zmieściłem się w czasie. Zdałem dopiero za trzecim razem w Ostrowie Wielkopolskim w 1995 roku – Takie były początki, tak zaczynała się kariera człowieka, który był i jest cierpliwy, a także wytrwały w tym co robi. Te cechy, których dziś coraz ciężej szukać w świecie, wypracował u Roberta czarny sport.

To tylko fragment naszej rozmowy z Robertem Kościechą, która zamyka pierwsze z czterech okrążeń z życia. Kolejne okrążenia – to kolejne historie. Jak Robert wspomina debiut w lidze? Kto był najlepszym kolegą z toru? Jaki moment w karierze zapadł najbardziej w pamięci? Zapytaliśmy nie tylko o samą karierę sportową, ale także o pasje pozażużlowe i czasy obecne jako już były zawodnik.

Za nami pierwszy z wielu biegów. O pozostałych przeczytacie w naszej książce, którą planujemy wydać w ramach podsumowania całego projektu. Obiecujemy dostarczyć emocje, które zbierzemy od naszych żużlowych bohaterów. Nawet jeśli będziemy musieli pojechać na drugi koniec Polski.


Jeżeli uważasz, że nasz projekt powinien powstawać dalej i jest sens inwestować czas, energię i pieniądze w jego realizację to wystarczy, że wejdziesz na stronę https://patronite.pl/czteryokrazenia i klikniesz “zostań patronem”.